Płyta na dziś: Peter Gabriel – “OVO” oraz “UP”

Gabriel to geniusz. Coś jak Michał Anioł w czasach mainstreamu, albo Da Vinci popkultury. Zresztą jak można się nazywać “Peter Gabriel” i nie być genialnym artystą? Już samego potencjału tkwiący w imieniu i nazwisku grzechem byłoby nie wykorzystać, brzmi tak… artystycznie. Jak Ci wszyscy Włoscy malarze i rzeźbiarze. Kto wie, czy nie można by przypadkiem uznać Petera Gabriela za największego twórcę w świecie muzyki popularnej. Prześledźmy. Zaczął jako wokalista jednego zespołu z “Wielkiej szóstki”, w Genesis. Swoją drogą “Wielka szóstka” to określenie dla sześciu – a jakże! – najważniejszych zespołów w historii muzyki progresywno rockowej, należeli do niej: Pink Floyd, Genesis, ELP, King Crimson, Jethro Tull i Yes. Mniej więcej w połowie lat 70tych Gabriel opuścił Genesis tym samym kończąc żywot artystycznego okresu tej grupy, która prawda jeszcze próbowała nagrywać coś ambitnego, ale w momencie gdy Steve Hackett (gitarzysta) też zaczął bawić się w solowe projekty i czmychną z grupy dowodzonej już wtedy przez śpiewającego perkusistę Phila Collina (tak, to ten łysawy kurdupel od “Another day in paradise”), stwierdzili, że chyba już nie ma sensu. Genesis przestało grać progresywny rock i zaczęło grać POP – cóż, można i tak… był to prawda POP z ambicjami, no ale skok stylistyczny w tym przypadku był zabójczy – może nie dla grupy, która w powszechnej świadomości słuchaczy współczesnych jest właśnie zespołem popowym – ale współcześni słuchacze to niewyedukowana banda ignorantów. Genesis było o tyle ważnych zespołem, że po jego rozpadzie w świecie muzyki pojawiło się co najmniej pięć nazwisk, które powojowały w rankingach popularności, bo to przecież z Genesis wybił się: Phil Collins (chyba pana nie trzeba przedstawiać), Tony Banks (klawiszowiec, o tyle ciężki do przyswojenia i pewnie niezbyt znany barłogowi wychowanemu na MTV, bo nagrywał płyty symfoniczne – zazwyczaj bez wokalu), Mike Rutherford (swego czasu bijący popularność jako lider POPowej formacji Mike and the Mechanics), Steve Hackett (który nagrywa tak wiele, że trudno to wszystko zliczyć, przy jednoczesnym zachowaniu wysokiego artyzmu swoich płyt), no i Peter Gabriel.

Gabriel to ewenement. Nie był jak Collins nastawiony na prostotę piosenki, ale nie był też jak Hackett nastawiony na artyzm, on to po prostu połączył. Każda płyta Petera Gabriela, o czym pewnie niewiele osób wie, była kamieniem milowym w świecie muzyki rozrywkowej. Pisząc każda, mam na myśli dosłownie KAŻDĄ (!!!). Kolejna sprawa, Gabriel już od czasów “1″ (pierwszej solowej płyty z 1977 roku) uderzył w słuchacza z grubej rury, stworzył płytę ambitną i zarazem rozrywkową. Jak to zrobił? Cholera wie, a na pewno wie Gabriel, bo każda następna płyta była – w co trudno uwierzyć! – lepsza od poprzedniczki, a jednocześnie sprzedawała się lepiej. Rozwiązania jakie stosował Peter na swych albumach wyznaczyły trend; ścieżki, którymi podążyła muzyka POPowa, a dokładniej to ambitna POPu odmiana. Aż do czasu “UP” (2002) ostatniego pełnowymiarowego solowego albumu Gabriela, każda płyta była doskonalsza od poprzedniej, ujawniała pomysłowość twórcy, jego wizjonerstwo i nieustanną ewolucję. Większość artystów zatrzymuje się w pewnym momencie swojej kariery w rozwoju i gra po prostu swoje, Peter nadal gra swoje, ale jednocześnie ewoluował wraz z muzyką – to taka trochę zagraniczna Maryla Rodowicz, której uwspółcześnione na koncertach wersje piosenek brzmią jakby na prawdę były to piosenki sprzed ledwo kilku lat, dlatego wielki szacunek dla Maryli, która nigdy się w swej ewolucji muzycznej nie zatrzymała.

Czy nie nazywać więc Gabriela geniuszem i największym twórcą muzyki rozrywkowej? Nazwisko, cały ciąg przemian muzycznych jakie zainicjował, nie nagrał płyty gorszej od poprzedniczki, połączył wybitny artyzm ze świetną rozrywką, a do tego należy dorzucić świetne teksty oraz klimat albumów. Do tego należy dodać osobowość Gabriela jako artysty: facet cierpi na depresję dwubiegunową, co doskonale słychać na jego płytach – z jednej strony muzyka rozrywkowa, z drugiej strony smutny, charakterystyczny, przepełniony jakąś melancholią wokal. Doskonale widać to na koncertach, gdzie bardzo często spojrzenie Gabriela jest przeszywająco smutne, rzadko się uśmiecha, a nawet jeśli, to nie ma w tym wiele radości.

Niemniej dochodzę do punktu programu – Płyta na dziś:

OVO

Peter Gabriel - OVO

Jedno z największych artystycznych osiągnięć Gabriela, album, który na jednej blaszeczce zawarł coś co z pozoru było niemożliwe: połączył folk (szczególnie słyszalny jest ten ze Skandynawii i Irlandii) ze współczesną muzyką elektroniczną (od ambientu, poprzez hip hop i na rytmice elektronicznej kończąc). Każdy kto szuka jakiejś ambitnej elektroniki, powinien “OVO” przesłuchać – nie przewiduje zawodu, jeśli się odpowiednio do tej płyty nastawić, a są to jednak dźwięki ze wszech miar artystyczne.

O ile “OVO” jest JEDNYM z największych osiągnięć artystycznych Petera, to najnowsza płyta “UP” to już wyżyny, których przeskoczenie będzie niezwykle trudne (być może dlatego Gabriel nie nagrał póki co jej następczyni, która byłaby w pełni autorskim pomysłem Gabriela – ostatnie dwie płyty sygnowane tym nazwiskiem to primo płyta, przy której nagrywaniu Gabriel był tylko pomocnikiem ["Big Blue ball"], sekundo to album z coverami, wybitnie zrobionymi, ale jednak ["Scratch My Back"]).

Peter Gabriel - UP

“UP” to płyta, której opisania się nawet nie podejmę. O takich albumach nie powinno się mówić, powinno się je jedynie słuchać – a nie znać jej, to tak jakby własnej matki na przejściu dla pieszych nie rozpoznać. Zatem czytelniku. Do słuchania!

Dodaj komentarz

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out / Zmień )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out / Zmień )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out / Zmień )

Connecting to %s

Follow

Otrzymuj każdy nowy wpis na swoją skrzynkę e-mail.