Muzyka zmęczonych długodystansowców

Posted in Album, Utwór, Zagraniczne on 26 wrzesień 2009 by winix

The Hot Spot (OST)

Muzyka zalanych deszczem ulic, brudnych zaułków – muzyka zmęczonych mężczyzn, przekrwionych oczu, wyziewów o zapachu whisky. Muzyka nocy, zamyślenia, spokoju. Wreszcie muzyka zadymionych knajp, z których głośników szaf grających leniwie sączy się blues. To właśnie soundtrack z filmu “Hot Spot” w reżyserii wielkiej indywidualności aktorskiego półświatka, wiecznie niepokornego i wiecznie demitologizującego swą sylwetkę Denisa Hoppera – zbuntowanego motocyklisty z “Easy Ridera”, zapijaczonego starca z “Rumble Fish”, czy nawet na wpół obłąkanego wyznawcę religii półkownika Kurtza z “Czasu Apokalipsy”. Nie widziałem filmu – moja strata, ale ślepej ignorancji ostatnie to chwilę, bo po tym co oferuje soundtrack “Hot Spot” wiem, że ten obraz obejrzeć trzeba, choćby dla muzyki.

John Lee Hooker – dla mnie największy bluesman delty, bóg zmęczonego bluesa; Miles Davis – jazzowy mistrz trąbki, jeden z niewielu po Michaelu Jacksonie muzyków, którego nazwisko zna chyba każdy (tyle, że Miles tworzy względnie niekomercyjne dźwięki); Taj Mahal – kolejny bluesowy król, współautor muzyki do chociażby “Blues Brothers 2000″; Tim Drummond – basista, współpracownik takich legend jak B.B. King, Eric Clapton, Bob Dylan, Joe Cocker czy nawet Jamesa Browna; oraz Roy Rodgers – gitarzysta i wieloletni członek bandu Johna Lee Hookera. Jak Hopper namówił tak znakomitych muzyków, by weszli razem do studia i nagrali specjalnie dla jego filmu soundtrack? Band wszechczasów? Szkoda, że był to tylko jednorazowy wyskok tej zbitki wielkich nazwisk gdyby w takim składzie wyruszono w trasę koncertową, można by mówić o największej supergrupie jaką kiedykolwiek sformowano na ziemi. Ważni jednak są dwaj pierwsi, bowiem to właśnie Hooker i Davis tworzą zadymioną, zmęczoną atmosferę tego albumu.

Przyznam, że już dawno nie słyszałem tak fenomenalnej, klimatycznej muzyki. Jak zwykle zmęczona i pełna feelingu gitara Hookera na przemian z wodzirejskimi popisami trąbki Davisa tworzą piękne solówki na tak charakterystycznej basowej rytmice bluesa z delty. Gdzieś tam przewija się jazz, ale nie pełen wariacji, raczej stonowany, spokojny, przemyślany – wszak gra sam Miles Davis.

Tak. To zdecydowanie klimat przesiąkniętych papierosowym dymem knajp, gdzie zmęczeni mężczyźni popijają piwo i podpierając się ręką oglądają jakiś mało istotny mecz. Czas płynie leniwie – bo nikomu się nigdzie nie spieszy. Jest duszno i jakoś tak czarno-biało, jakby patrzeć na fotografię ze starego filmu, w którym Humphrey Bogart siedzi, z tym swoim smutnym spojrzeniem, sam przy stoliku i paląc papierosa dopija w samotności szklaneczkę podłej whisky. Piękna Muzyka!

słłłłitttaśna EfFFFfkaaa FaRnA!! :-* :* :-* :) :)

Posted in Album, Polski, Utwór on 21 lipiec 2009 by winix

A już myślałem…

Oglądając VIVE (bardziej z musu niż dobrej woli) rzucił mi się w oczy całkiem niezły, nawet stylowy teledysk młodej, uroczej z buzi dziewczyny śpiewającej “Dmuchawce, latawce, wiatr” (kompozycję Romana Lipki swego czasu brawurowo wykonaną przez Urszulę). Ładnie zaaranżowane to; fajny, niewinny, ale przy tym miły dla ucha głos wokalistki; urocza, jak już wspomniałem, buzia; emocjonalnie zaśpiewane; co tu dużo mówić – urzekło mnie to pełne młodzieńczości, polotu, delikatności wykonanie, aż się człowiek chciał z Ewcią bujać na tej teledyskowej huśtawce. Już myślałem, że oto Polska muzyka doczekała się kogoś na miarę Katie Melua, dziewczyny młodej, delikatnej, wrażliwej i skromnej, a co najważniejsze utalentowanej i mającej coś do powiedzenia w sobie tylko odpowiadającym klimacie… Niestety. Zapomniałem, że VIVA to VIVA, a nie odkrywca nowych talentów…

Oto bowiem ta urocza dziewczynka okazała się jakąś zapchajdziurą po świętej pamięci Blogu 27. Z zażenowaniem przesłuchałem “Cicho” (2009) i “Sam na sam” (2007) Ewy Farne i miałem wrażenie, że oto przyszło mi obcować z prowincjonalną wersją Avril Lavigne. Przesterowane kinder-gitary, na wokalu nastka śpiewająca o pierdołach (“Zakochana na na na na na”), i że to pewnie niby kobiecy rock’n'roll? Że ostra lacha z tej Ewy Farny (dodam tylko, że dziewczyna ma 16 lat)? Niestety. To kolejna wyhodowana w duchu MTV dziewczynka, której twórczość nadaje się tyle co do prezentowania na tych wszystkich prowincjonalnych polskich pseudo-festiwalach dla ludzi szukających taniej rozrywki w formie pozbijania się z “artystów” tańczących na scenie w takt zrobionej na zamówienie muzyki, z założonych klownim nosem i doszywanym uśmiechem. Rozumiem. Szukajmy polskiej Avril Lavigne, ale jak już szukamy, to niech nie będzie to grzeczna bruneteczka huśtająca się na huśtawce do “Dmuchawce, latawce, wiatr”… Trochę konsekwencji! Niech Ewa Farna pokaże dupę premierowi, niech wypuści w Polskę jakieś sex-tape, cokolwiek. Niech zaszokuje, bo muzyką to ona na pewno się nie obroni, bo to zła muzyka. Mało powiedziane. To żałosna muzyka. Już sama okładka albumu “Cisza” mogła mnie ostrzec – nawet jej nie wkleję, bo tak plastikowego paskudztwa nie widziałem dawno. Już z samej okładki wyglądała płyta Ewy Farny jak dodatek do jakiegoś Popcornu, czy innego Bravo Girl i chyba właśnie tak pierwotnie “Cicho” powinno się ukazać.

Miałem nadzieję, że wreszcie ktoś wziął się za stworzenie w Polsce wokalistki pokroju wspominanej Katie Melua, takiej delikatnej dziewuszki, wrażliwej, ale mającej coś do przekazania i konsekwetnie brnącej w świat z jej wrażliwości. Niestety. Otrzymałem nie wpadający w ucho, pedał-kinder-rock dla dwunastolatek.

…i w tej chwili naszła mnie właśnie myśl, że nie warto o tym nawet pisać, bo to okrutna strata czasu. Jeśli chodzi zaś o samą Ewę – patrzcie na zdjęcie, ale – NA BOGA!!!! – nie słuchajcie jej płyt!

“nic nie powstrzyma naszego uderzenia”

Posted in Album, Utwór, Zagraniczne on 21 kwiecień 2009 by winix

Zadziwiającym jest jak przypadek może odmienić życie, stworzyć legendę z ludzi z pozoru skazanych na zapomnienie. Właśnie taki był początek The Clash – kultowego punkrockowego zespołu, jednego z pionierów muzycznej punkowej rewolty końca lat siedemdziesiątych, który obok rozsławionego The Sex Pistols rządził podziemiem brytyjskiej sceny rockowej. A wszystko przez przypadkowe spotkanie dwóch ludzi w kolejce do restauracji w urzędzie dla bezrobotnych, tam poznali się właśnie Joe Strummer i Mick Jones (obaj wokaliści i gitarzyści) – późniejszy trzon twórczości The Clash. Można się sprzeczać, kto w rywalizacji o miano króla punku jest zwycięzcą, bo o ile Sex Pistols ze swym jednym tylko albumem obrósł legendą i na tym koniec, to właśnie The Clash wytrzymał próbę czasu, a do jego twórczości nadal chętnie sięgają stacje radiowe, twórcy reklam telewizyjnych, współcześni artyści nie tylko punkowi i nie świadczy to bynajmniej o komercyjności zespołu.

Trudno też rozstrzygać, który z debiutanckich albumów wspomnianych kapel wydanych w roku 1977 jest dla gatunku ważniejszy – pistolsowy “Never Mind The Bollocks”, czy też “The Clash”. The Clash na swej pierwszej płycie serwuje muzykę prostą, melodyjną, wpadającą w ucho, a przy tym zadziorną i hałaśliwą. W opozycji do punkowych albumów tamtego okresu “The Clash” nagrana została i brzmi bardzo profesjonalnie, a kompozycja utworów, mimo że nadal utrzymana w charakterystyce punk rocka, jest o wiele bardziej rozbudowana. Strummer i Jones chętnie sięgają do reggae (“(White Man) Is Hammefsmith Palais”, “Police & Thevies”) i hałaśliwego rock’n'rolla ze skocznym perkusyjnym rytmem (“Jamie Jones”).

Tekstowo “The Clash” również prześciga swych rówieśników, każdy bowiem utwór politycznie niepoprawny stara się przekazać coś słuchaczowi, tak jak choćby krytykujący Stany Zjednoczone “I’m So Bored With The U.S.A.” czy malujący ponurą wizję Londynu “London’s Burning”, jest też “Clash City Rockers”, w którym muzycy śpiewają o sobie: “(…) nic nie powstrzyma naszego uderzenia \ lepiej opuść miasto jeśli chcesz stanąć nam na drodze (…)” i ten fragment właśnie idealnie obrazuje muzyczną zawartość “The Clash” – mocne punkrockowe uderzenie z całą masą melodyjnych fragmentów; wykrzykiwanych, wpadających w ucho, bełkotliwych wokali; brudnych gitar; skocznych perkusyjnych rytmów i dobrej zabawy. Przyczepianie się do względnej prostoty kompozycji utworów byłoby ignorancją, bo ta muzyka taka już po prostu musi być – nieskrępowana i szczera, a “The Clash” aż emanuje tą szczerością.

Wspaniała płyta, jedna z ważniejszych w historii muzyki punkrockowej, którą każdy szanujący się wielbiciel gitarowego grania powinien znać – a choćby dla zasady.

ARTus Prog Festival 2009

Posted in Koncert, Polski on 20 kwiecień 2009 by winix

Toruński rynek był słoneczny 18 kwietnia choć mimo wszystko wietrzny i chłodny, na tyle, że sam Kopernik opatulił się quasi-togą, ale mimo wszystko czuwał dumnie na swoim miejscu witając przybywających pod monumentalny budynek Dworu Artusa, gdzie powoli gromadziła się ludność wyczekiwała na pierwszą edycję ARTus Prog Festival 2009, czyli festiwal muzyki progresywnej i art rockowej. Ostatni papieros został dogaszony chwilę przed rozpoczęciem koncertu o godzinie 17 i ruszyłem dziarskim krokiem przemierzając monumentalne korytarze Dworu Artusa, następnie schody i już Sala Wielka o jeszcze większych drzwiach, gdzie zgromadzona gawiedź grzała już swoje miejsca oczekując na pierwsze takty historycznego, bo pierwszego festiwalu muzyki progresywnej w Toruniu.

Po paru minutach konferansjer pojawiający się po każdym występie przywitał publiczność, złożył podziękowania tym i innym osobom za organizację i zaanonsował bydgoski LFG (jak sami rozwinęli skrót – Luminous Flesh Giants), który przywitany brawami wszedł na scenę. Trzech facetów chwyciło instrumenty i zagrzmiała perkusja… Było głośno. Mocne riffy w połączeniu z miotającym się palcami po gryfie basistą i potężnie brzmiącą perkusją na pewno zrobiły wrażenie na początku koncertu, ale jedynie przez pierwsze dziesięć minut, bo w gruncie rzeczy LFG byli zespołem okropnie monotonnym – wyraźnie dawał o sobie znać brak wokalisty w składzie, a i same melodie mało charyzmatyczne raczej nie wpadały w ucho. Słowem – panowie od tak sobie tłukli, trochę powymiatali, jednak ich instrumentalne granie nie wydaje się być czymś, co mogłoby przyciągnąć na dłużej uwagę słuchacza. Zespoły pokroju LFG, czyli grające instrumentalny progresywny metal (chyba jednak nie z wyboru, bo jak sami o sobie mówią, dopiero aspirują do miana zespołu, a same kawałki nagrywane były z myślą o dołożeniu do nich wokaliz) w świecie muzycznym reprezentowane są raczej przez muzyków, którzy wcześniej mieli niemałe doświadczenie z innymi zespołami, zazwyczaj są to już supergrupy (jak choćby Liquid Tension Experiment) – dobrze chyba się stało, że z udziału w ARTus Prog Festival zrezygnowała grupa Animations, bowiem publiczność nie zniosłaby chyba dwóch instrumentalnych koncertów progresywnego metalu. Sam występ LFG oceniam jednak pozytywnie, mimo, iż nie rozumiem idei takiego grania, które raczej do nikąd nie prowadzi. Sami muzycy LFG również biorąc się za granie instrumentalnych koncertów mogliby pomyśleć o jakichś smaczkach, czy większych popisach poszczególnych instrumentalistów, bo niestety większa część ich koncertu opierała się na nie robiących zbytniego wrażenia riffach – samych solówek było niewiele. Pochwały jednak za warsztat perkusisty i basisty jak najbardziej się należą. Mimo wszystko miłe rozpoczęcie koncertu… Krótka przerwa i anons zespołu, którego występu oczekiwałem chyba najbardziej – Retrospective.

Pochodzący z Leszna muzycy w moim mniemaniu nagrali jeden z najlepszych progresywnych debiutów w Polsce od czasu „Out of Myself”, ich „Stolen Thoughts” (2008) zrobiło na mnie potężne wrażenie i wróżę wielką przyszłość tym uzdolnionym muzykom.

Prawda jest taka, że zawiodłem się… Nie była to jednak wina muzyków, a dźwiękowców, którzy na całego zawalili nagłośnienie ARTus Prog Festivalu, swoją drogą byłem już parokrotnie na koncertach w Dworze Artusa i zawsze pojawiał się ten problem. Szczególnie ganię tu praktycznie niesłyszalne muzyczne wywody pani klawiszowiec, które tak niesamowitego kolorytu dodawały debiutanckiemu albumowi. Najwyraźniej odczułem ten niedostatek klawiszy w utworze „Stupid Joke”, w których melodie wygrywane na pianinie są chyba największą zaletą tego pięknego utworu, a tu praktycznie niesłyszalne zagłuszone zostały przez bas i perkusję. Na całe szczęście pani klawiszowiec miała jeszcze swoje solowe chwile w utworze „Memories” i mimo, że w pewnym momencie fortepian zabrzmiał nieczysto, to niesamowicie te śliczne dźwięki pokolorowały występ Retrospective. Okazało się, że najlepsza część jeszcze przed nami, bowiem ostatni utwór odegrany przez zespół („Asleep”) zachwycił chyba wszystkich i według mnie stanowił najjaśniejszy fragment festiwalu, a to głównie dlatego, że były to najbardziej progresywne chwile z całego ARTus Prog’a – trochę psychodeli, pięknych figur dźwiękowych dwóch gitarzystów, do tego świetnie spisująca się sekcja rytmiczna, zmienne nastroje, narastające napięcie i wreszcie przecudna eksplozja dźwięku – ten fragment koncertu zapisał mi się najbardziej w podświadomości i jeśli tylko zobaczę gdzieś zapowiedź koncertu Retrospective to pójdę nań nawet tylko ze względu na te pięć minut instrumentalnego orgazmu. CUDO, choć wijący się po scenie wokalista w swoich indiańskich ruchach ala Morrison był chyba bardziej śmieszny niż charyzmatyczny (choć jego wokal nie pozostawia wiele do życzenia)…

(Odsyłam do mojej recenzji płyty Retrospective w tym —> MIEJSCU)

Następnie na scenę wkroczyli panowie z Crystal Lake, którzy jak przystało na ludzi grających „u siebie” troszkę rozruszali publiczność żywszą dawką bardziej pastelowych dźwięków niż występy poprzedników. Dużo melodii – raz to pana klawiszowca, raz to gitarzysty, który słychać wyrósł na popisach Gilmour’a i Rothery’ego, do tego zabawny wokalista, który już po paru chwilach bytności na scenie wydawał mi się strasznie irytujący, choć dowcipy sytuacyjne miał przednie. Do warstwy muzycznej nie mam zarzutu, jednak brzmienie wokalu było okropne. Adam Płotnicki potrafi śpiewać, ale jego nosowa maniera sprawiała, że miałem ochotę rzucić butelką po Cisowiance na scenę, by pana wokalistę przegonić i dalej słuchać grania instrumentalnego… Mimo wszystko Crystal Lake wniósł do festiwalu więcej artu, a mniej progresji, a i publiczność się mocno ożywiła, choć wiadomo, że jak się gra u swoich to i swoich ma się na publiczności.

Żegnani gromkimi brawami muzycy Crystal Lake ustąpili miejsca warszawskiemu Votum, którzy w 2008 roku nagrali światowej klasy debiutancki album „Time Must Have a Stop”. Panowie brzmieli najlepiej ze wszystkich zespołów grających na ARTust Prog z tego względu, że przywieźli własne nagłośnienie i słuchacze od razu zostali zalani dźwiękiem może nie krystalicznym, ale na pewno o niebo lepszym niż ten towarzyszący występom poprzednim zespołom. Profesjonalizm Votum od razu dał się usłyszeć. Fenomenalny wokalista wspomagany czasami przez gitarzystę rytmicznego brzmiał rewelacyjnie, zaś partie wykrzykiwane w duecie wgniatały w fotel, podobnie jak ciężkie riffy i fantastyczna sekcja rytmiczna. Po występie to chyba jednak Votum stał się gwiazdą ARTus Prog Festival, a i większa część publiczności pewnie równo przytaknie moim słowom. Fani cięższego grania na pewno będą ukontentowani wybierając się na koncerty warszawskich muzyków, bo zespół i materiał to światowy!

(Odsyłam do mojej recenzji płyty Votum w tym —> MIEJSCU)

W przerwie wybrałem się na papierosa – w Sali Wielkiej Dworu Artusa obowiązuje zakaz palenia – co by chwilę popodziwiać pastelowy, toruński rynek, bo słońce ustąpiło już miejsca na horyzoncie, a po powrocie na swoje stanowisko usłyszałem zapowiedź Iluzjonu, czyli zespołu numer jeden ARTus Prog Festival. Stażem na scenie są oni na pewno najstarsi, jednak czy powinni robić za gwiazdę? Kwestia dla mnie wątpliwa, jednak chciałbym od razu zwrócić uwagę, że muzyka Iluzjon mnie po prostu nie leży. Sam koncert również jakoś do zespołu nie przekonał, choć crimsonowskie „Nightmar Blues” i wieńczące cały festiwal „Dark Electron” potrafiły przekuć uwagę. Niestety wokalista jak sam przyznał nie był w formie, a występ Iluzjon do ostatnich dni stał pod znakiem zapytania, ze względów zdrowotnych wspomnianego. Z wszystkich zespołów to Iluzjon był najbardziej art.

Jakieś podsumowanie? Warto by poruszyć kilka sprawa… Po pierwsze, to dźwięk, który szczególnie przy koncertach muzyki progresywnej winien być jednak nieco lepiej wyważony (w życiu nie odżałuje klawiszów z występu Retrospective!). Dźwiękowcy zawalili. Po drugie to dobór repertuaru… Rozumiem, że współcześnie większość muzyków progresywnych zmierza w stronę metalu, jednak tu połowa koncertu była metalem. Proponowałbym bardziej zmyślnie planować listę zaproszonych zespołów, niech oni będą bardziej art i prog niż metal, bo na koncert wybrała się masa ludzi żyjących pewnie bardziej łagodnymi dźwiękami Pink Floyd, Marillion, czy nawet wczesne King Crimson niż Opeth i Dream Theater. Już sam Dwór Artusa nie jest raczej miejscem przeznaczonym do grania aż tak głośnego jak to zaprezentował Votum, LFG i momentami Retrospective. Toteż radziłbym jednak wcześniej organizatorom zapoznać się z dorobkiem zespołów, które zapraszają i bardziej pokazać jak brzmi ta klasyczna progresja i artrock, a nie metal.

Pierwszy festiwal muzyki progresywnej i art rockowej w Toruniu przeminą, a w pamięci pozostał naprawdę dobry, prawie siedmiogodzinny koncert. Mam nadzieję, że za rok będę mógł kupić bilet na ARTus Prog Festival 2010, z zespołami bardziej urozmaiconymi stylistycznie – mniej metalowymi, a bardziej art – i lepszym nagłośnieniem.

Klasyka przećpanych Orłów

Posted in Album, Utwór, Zagraniczne on 17 kwiecień 2009 by winix

Jedna palma na całe miasto nie czyni z Warszawy Kalifornii, do tego potrzeba jeszcze wiecznie piekącego słońca, skąpo przyodzianych pań na rolkach, szumu morskich fal, klimatu beztroski i paru słynnych zespołów rockowych. Cóż, Warszawa ma… palmę, też dobrze. Szare molochy, zatłoczone ulice i smród spalin w Kalifornię może zmienić tylko muzyka, bo cóż innego ma tak potężny wpływ na podświadome kształtowanie świata?

Twórcy słynnego przeboju, “Hotel California”, honorowi właściciele jednego z miejsc w Rock and Roll Hall of Fame i ci, którzy wprowadzili w obieg pojęcie “kalifornijski rock”, to idealna propozycja dla tych, którzy widują czasem w snach słoneczną Kalifornię. The Eagles – bo o tym zespole mowa, z pomocą dźwięków tworzy pełen pastelowych barw, beztroski i ciepła świat znany z filmów i zdjęć. Słynny album “Hotel California” – słynny głównie za sprawą tytułowego megaprzeboju, z którego solówka uważana jest za jedną z najlepszych w historii rocka, to esencja kalifornijskiego klimatu ukazana w formie muzyki, ślicznej – i co dziś trzeba przyznać, ponadczasowej.

Spokojne i nastrojowe fortepianowe utwory w postaci choćby “Wasted Time” i “The Last Resort” (bodaj najlepsza, choć niedoceniona kompozycja na albumie) przeplatają się tu z żywiołowymi, rock’n'rollowymi “Life In The Fast Lane” i “Victim of love”, w których można dosłuchać się bluesowych naleciałości. Wszystko to zaprezentowane w melodyjnej formie, destrukcyjnie oddziałującej na bezbarwną codzienność polskiej rzeczywistości. Delikatne brzmienie gitar idealnie współgra ze świetnymi, czyściutkimi wokalami poszczególnych członków The Eagles. Jakość nagrań i ich kompozycja ociera się o ideał i nie przeszkadza nawet nieco schematyczna budowa utworów. Cokolwiek by mówić o technicznych sprawach, nie zastąpi to uczuć, jakich doznaje się podczas słuchania “Hotel California” – gdy zamyka się oczy niemal czuć jak za oknem słońce na tle pomarańczowego nieba chowa się wśród palm. The Eagles bowiem jak przystało na twórców stylu kalifornijskiego rocka wyciągnęli i zawarli na “Hotel California” jego czystą esencję. A Warszawa, cóż: “Gdy patrzę w twe oczy zmęczone jak moje…”

Neoprogresywna bajka

Posted in Album, Zagraniczne on 14 kwiecień 2009 by winix

Pendragon, to zespół, który u boku takich potęg, jak: Marillion i IQ wchodził w skład nowej fali grup dumnie reprezentujących gatunek odrodzonej progresji, po tym jak końcówka lat siedemdziesiątych i moda na punk rock stały się drogą do nikąd mocno przegniłego już stylu. Do walki o stopień najlepszej neoprogresywnej grupy Pendragon przystąpił jednak później niźli wymienieni wcześniej artyści. Stało się to w roku 1991 wraz z wydaniem “The World“, pierwszej ważnej płyty zespołu, która odniosła olbrzymi sukces komercyjny, zachowując przy tym wysoki poziom artystyczny. Pendragon na “The World” sprawnie łączy łatwe w odbiorze dla słuchacza wokale i melodyjne gitarowe popisy z ambitną, mocno rozbudowaną konstrukcją utworów. Piosenki w całość spajają “kolorowe” dźwięki instrumentów klawiszowych Clive’a Nolana nadających kompozycjom bajkowego klimatu, przez co stylistyczny wizerunek brytyjskiej grupy może przypominać nieco dokonania wczesnego Genesis (z którym z resztą większość neoprogresywnych grup się utożsamiała). Lider Pendragon, Nick Barrett śpiewa zarówno pełnym ekspresji wokalem, jak i gitarowymi popisami, które można by uznać za drugiego wokalistę. Dzięki wszystkim tym zabiegom Pendragon osiągnął to, do czego muzyka progresywna tak zacięcie dążyła – nieważne, w którym okresie rozwoju, a mowa o tworzeniu obrazów w świadomości pogrążonego w świecie dźwięków słuchacza. “The World” jak przystało na neoprogresywny twór, to muzyka wyobraźni, wymagająca od odbiorcy wiele, ale i wiele w zamian oferująca. Album ten to odrębny świat, zawarty w godzinnym materiale pełnym pastelowych barw i baśniowych przygód, idealny dla poszukiwaczy skutecznej ucieczki od szarości rzeczywistości, nowych doznań emocjonalnych i poszerzenia świadomości z użyciem w pełni bezpiecznych środków wspomagających – dźwięków. Wystarczy posłuchać choćby kultowego już w neoprogresywnym półświatku “The Voyager”, pięknej ballady “Prayer”, trzyczęściowej, ponad dwudziestominutowej suity “Queen of Hearts” czy wieńczącego album , eleganckiego “And We’ll Go Hunting Deer”, by w pełni pojąć wymagającą twórczość Pendragon. Kto szuka głębi w muzyce powinien jak najszybciej zapoznać się z „The World”.

W czasie gdy Waters budował “Mur”…

Posted in Album, Utwór, Zagraniczne on 2 kwiecień 2009 by winix

Wiecznie uśmiechnięty, z miłym słowem dla każdego, nie stroniący od dziennikarzy, skory do rozmów i dowcipów, człowiek robiący to, co robić lubi, czyli grać na gitarze i śpiewać. David Gilmour był zdecydowanie w opozycji do Rogera Watersa, tak zwaną “pozytywną postacią” Pink Floyd, i to chyba właśnie dzięki tej otwartości na ludzi, zyskał sobie trzeci i zapewne już ostatni lider wspomnianego zespołu wielu fanów – także w Polsce, o czym świadczyły dziesiątki tysięcy ludzi przybyłych na niezapomniany koncert w Stoczni Gdańskiej.

Chyba każdy w miarę obeznany fan muzyki rockowej zna Gilmoura, lecz zdecydowana większość kojarzy go tylko z legendarnym Pink Floyd, bynajmniej nie jest to dla muzyka krzywdzące, bo co by nie mówić największe sukcesy święcił Gilmour właśnie dzięki temu zespołowi. Mało, kto jednak pamięta, że prócz głośnego “On An Island” (2006) nagrał gitarzysta i wokalista jeszcze dwa solowe albumy. Niezbyt orygnialnie nazwana płyta “David Gilmour” (1978) to jak mówił sam jej twórca, ucieczka od doskonałości i patosu Pink Floyd – proste granie wynikające z chęci stworzenia czegoś łatwiejszego, przystępniejszego nie tyle dla słuchacza co samego muzyka. Zaprosił więc Gilmour do siebie paru kolegów, siedli razem w małym pokoju dzierżąc instrumenty w rękach i zaczęli grać, a to co zagrali nagrali i w ten sposób powstał pierwszy solowy projekt legendarnego gitarzysty i wokalisty, którego grę często przyrównuje się do Hendrixa i Claptona.

Rzeczywiście stworzył David Gilmour płytę prostą, szczerą i jednocześnie nie pozbawioną tak uwielbianego przez fanów, klimatu ucieczki od ponurej rzeczywistości w świat bardziej utopijny. Często muzyk opiera kompozycję o najpospolitsze bluesowy riffy („No Way”), serwuje też najzwyklejszy w świecie hard rock („Cry From the Street”, „Short and Sweet”), by zaraz dać słuchaczowi jakąś smętną, zwyczajną balladę („I Can’t Breathe Anymore”), czy coś bardziej ku pokrzepieniu serc („There’s No Way Out Of Here”). Nie ma tu eksperymentów, nie ma patosu i doskonałości, nie ma płynnych przejść między utworami, nie ma też psychodelicznych odjazdów czy progresywnych wirtuozerii, jest za to najprostsze na świecie gitarowe granie… Ma jednak Gilmour w głosie i palcach szarpiących struny gitary coś, co nie  pozwala się od płyty oderwać, jakiś dźwiękowy magnetyzm. Niby wszystko to już gdzieś słyszeliśmy, lecz w wersji Gilmoura ta sztampa nabiera zadziwiającego kolorytu – gitarowe solówki, który na płycie jest multum, ciepły wokal oraz wrażliwość artysty przykuwają umysł do dźwięków wydobywających się z głośników. Nie jest to, tak jak płyty Pink Floyd, ponadczasowy fenomen, nie jest to również próba udowodnienia skłóconym kolegom z grupy, że i solowo Gilmour potrafi stworzyć płytę genialną. Jest to natomiast kawał rzetelnej muzyki, stworzonej po prostu z chęci grania – i słuchacz to czuje…

Dźwiękowy złom

Posted in Album, Zagraniczne on 28 marzec 2009 by winix

Wietrzyć zaczynały się już pokoje wypełnione dymem z marihuany, a do pogrążonego w słodkiej psychodelii świata docierały pierwsze słuchy o jakimś brytyjskim zespole Pink Floyd, którego basistą jest jakiś tam Roger Waters - pierwszy z twórców omawianego albumu.

To były dopiero początki wschodzącej legendy progresywnego rocka, paplającej się jeszcze w gęstej muzyce psychodelicznej. Dopiero za rok współautor “Music from The Body”, Ron Geesin w dziewiętnastej minucie kultowej kompozycji “Atom Heart Mother” zespołu Pink Floyd będzie krzyczał na rozwydrzoną sekcję instrumentów dętych, którą dyrygował: “Cisza w studio!”. Nim jednak powstała wspomniana suita muzyczne drogi Rogera Watersa i Rona Geesina zeszły się podczas tworzenia ścieżki dźwiękowej do filmu “The Body”, którego na dobrą sprawę nikt już nie pamięta. Uwielbienie dla awangardy i dźwięków pozamuzycznych Geesina oraz kompozytorski geniusz Watersa sprawiły jednak, że wspólnie stworzony soundtrack popularnością przyćmił kinowego “ojca” i wytrzymał próbę czasu, bo mimo, iż od jego powstania minęło już prawie czterdzieści lat, to nadal zadziwia – nie tyle samą muzyką, co jej dziwacznością.

“Music from the Body” to czysta dźwiękowa awangarda, podróż po niezbadanych jeszcze rejonach muzycznej mapy. Rozpoczyna się rytmicznym klepaniem po brzuchu połączonym z “klozetowymi” odgłosami wydalniczymi, bekaniem i oddechem, później natomiast cała paleta instrumentów smyczkowych maluje psychodeliczne pejzaże w stricte awangardowym stylu. Gdzieś pomiędzy dziwacznymi melodiami pobrzmiewa banjo i gitara akustyczna, tylko w czterech utworach usłyszeć można “normalny” wokal – są one jedyną odskocznią od obłąkanego świata nietypowych dźwięków z “Music from The Body”. Z resztą płyta ta w opozycji do współczesnych ścieżek dźwiękowych nie jest zwyczajną składanką, a – tak jak w późniejszej twórczości Rogera Watersa i Pink Floyd, pozbawioną przerw między utworami, spójną muzyczną wędrówką po świecie stworzonym przez dźwięk.

Kiedyś Philip Dick na zarzut, że buduje w swych powieściach religię ze złomu odpowiedział, że buduje z tego co ma pod ręką. “Music from the Body” to muzyka stworzona z dźwiękowego złomu, hałasu codzienności i właśnie to sprawia, że tę płytę powinien znać każdy, kogo fascynuje dźwięk, bo pokazuje jak czasem z niczego można stworzyć coś. Obłąkana płyta.

Ten dziwny silnik

Posted in Album, Marillion, Utwór, Zagraniczne on 25 marzec 2009 by winix

“This Strange Engine”, ten dziwny silnik, a na pięknej okładce serce napędzające tryby jakiejś bliżej nieokreślonej maszynerii. Być może owym urządzeniem jesteśmy my – ludzie, serce natomiast to synonim marzeń, miłości, radości, ale i bólu, smutku czy rozczarowania – uczuć, które nadają kruchemu życiu kolorytu. Album Marillion z roku 1997 to właśnie taka paleta emocjonalnych barw.

Zespół zaserwował swoim słuchaczom osiem utworów, a każdy z nich utrzymany w zupełnie innym klimacie, ale czy w rzeczywistości nie żyjemy takim kolorem jaki przyniesie ze sobą kolejny dzień? Zaczyna się od wesołego, niemal popowego “Man Of A Thousand Faces”, by już w następnej piosence Steve Hoghart swym płaczliwym głosem prosił o “Jeden fajny dzień”, bo w tej chwili niczego więcej nie potrzebuje. Następnie “80 Days” opowiadająca z werwą o pięknej podróży, która prowadzi do kolejnego utworu “Estonia” – pełnej zadumy opowieści o tytułowym statku, który w roku 1994 zatonął na Bałtyku (zginęło wtedy 852 osób). “Memory of Water” to smutna kompozycja oparta o wokalizę i instrumenty klawiszowe, a już chwile później wpadający w ucho gitarowy riff obwieszcza rozpoczęcie się rock’n'rollowego “An Accidental Man”. To jednak dopiero mała rozgrzewka przed “Hope For The Future”, które dla fanów Marillion będzie największym zaskoczeniem w historii grupy! Wesoły utwór utrzymany w niemal hawajskich klimatach, pełen pastelowych barw i pobudzających do życia dźwięków. Po tej emocjonalnej skakance następuje wieńcząca album, tytułowa kompozycja, trwająca bagatela 16 minut i odwołująca się do neoprogresywnych korzeni grupy. Nieustanne zmiany tempa, niesamowity klimatyczny kolaż (od ballad fortepianowych po rock’n'rollowe szaleństwo), instrumentalne popisy poszczególnych członków grupy i zapadający w pamięć wokal Hogharta, to wszystko najlepsze czego mogli oczekiwać słuchacze od Marillion.

Może i albumowi “This Strange Engine” brak charakterystycznego dla muzyki progresywnej patosu – a można by nawet powiedzieć, że tym razem zespół prezentuje dźwięki nieco lżejsze, ale i tak warto po płytę sięgnąć. Pełno tu rewelacyjnych solowych popisów Steve Rotherego, wokalnych egzaltacji Steve Hogharta, prosto skomponowanej, ale nadal wielowymiarowej muzyki i niesamowitych, pięknych melodii. Wielu może zarzucać, że ten emocjonalny rozrzut jest jednak zbyt duży, ale za wyjaśnienie zamierzeń Marillion niech służy okładka i krótki fragment, który następuje po parominutowej ciszy w tytułowym utworze – słychać tam jak postać grająca na fortepianie śmieje się, by po chwili zacząć płakać…

Statystyki, statystyki…

Posted in Album, Marillion, Utwór, Zagraniczne on 24 marzec 2009 by winix

Na przestrzeni trzydziestu lat istnienia bardzo wiele działo się z Marillionem, zespół nigdy nie zawiesił działalności i nieustannie tworzył – z różnym skutkiem. Tak się złożyło, że średnio co dziesięć lat Marillion wydawał płytę, która wstrząsała światem, tak było w przypadku “Misplaced Childhood” (1985) jeszcze z Fish’em na wokalu, wgniatającej w ziemię “Brave” (1994), gdy dowództwo nad grupą było już w rękach Steve Hogarth’a, a ostatnio “Marbles” (2004)…

W trzy lata po ostatniej z wymienionych płyt Marillion wraca z “Somewhere Else” (2007), ale jak wskazują nieubłagane statystyki i wyliczenia, to nie czas na kolejny WIELKI album brytyjskiej legendy neo-progresji i w rzeczywistości “Somewhere Else” nie stanie się perełką w szerokim, muzycznym dorobku zespołu Marillion, a plasuje się raczej w strefie średniaków. Jak jednak wiadomo średniak w wydaniu zespołu Steve Hogarth’a, to w półświatku współczesnej muzyki rockowej co najmniej jedna z ważniejszych płyt roku, bowiem dźwiękowa zawartość “Somewhere Else” to wszystko za co słuchacze pokochali Marillion. Cudowna, kolorowa i niebanalna muzyka okraszona świetną wokalizą Hogartha, który zamienił swoją płaczliwą barwę znaną z “Brave”, na coś przypominającego współczesne dokonania Bono i U2 – ale z drugiej strony jak długo można zmuszać słuchaczy do płaczu? Pozostała część zespołu gra swoje, czyli świetnie skomponowaną muzykę, wielowymiarową i bardzo mocno spojoną dźwiękami klawiszy. Utwory z “Somewhere Else” to wprawdzie nie progresywne kolosy, jak te ze wczesnego okresu Marillion, a lekkie (a przy tym stworzone z rozmachem), wpadające w ucho, ciepłe piosenki zarówno dla starych fanów jak i szerszego grona słuchaczy, które nazwy Marillion nawet nie kojarzy. Jednak czy w przypadku choćby podniosłego, momentem nawet psychodelicznego “The Last Century for Man” czy floydowego “Somewhere Else” można mówić o lekkości brzmienia, podobne pytania nasuwają się podczas słuchania choćby “The Wound” i przecudnego, akustyczno-wokalnego “Faith”, przypominającego nieco “Made Again” z “Brave”.

Przyznać trzeba, że dziwnym jest ten Marillion, zespół, który swego czasu wskrzesił nurt muzyki progresywno rockowej, po wydaniu wielkiej płyty ucieka nieco od macierzystego brzmienia i przez dziesięć lat serwuje słuchaczom coś lżejszego, by nagle powrócić do korzeni i wstrząsnąć światem. Niestety, na kolejny monument w wydaniu Marillion trzeba nam chyba będzie czekać do roku 2014, bo mimo, że “Somewhere Else” to płyta trzymająca bardzo wysoki poziom, nie jest tym czego w szczególności starzy słuchacze oczekują od zespołu takiego pokroju, mimo, że to nadal świetna “marillionowa” muzyka… Cóż, kolejny krok w oczekiwaniu na wielką płytę Marillion za nami, a milej czekać w towarzystwie „Somewhere Else” niż ciszy…