
Toruński rynek był słoneczny 18 kwietnia choć mimo wszystko wietrzny i chłodny, na tyle, że sam Kopernik opatulił się quasi-togą, ale mimo wszystko czuwał dumnie na swoim miejscu witając przybywających pod monumentalny budynek Dworu Artusa, gdzie powoli gromadziła się ludność wyczekiwała na pierwszą edycję ARTus Prog Festival 2009, czyli festiwal muzyki progresywnej i art rockowej. Ostatni papieros został dogaszony chwilę przed rozpoczęciem koncertu o godzinie 17 i ruszyłem dziarskim krokiem przemierzając monumentalne korytarze Dworu Artusa, następnie schody i już Sala Wielka o jeszcze większych drzwiach, gdzie zgromadzona gawiedź grzała już swoje miejsca oczekując na pierwsze takty historycznego, bo pierwszego festiwalu muzyki progresywnej w Toruniu.

Po paru minutach konferansjer pojawiający się po każdym występie przywitał publiczność, złożył podziękowania tym i innym osobom za organizację i zaanonsował bydgoski LFG (jak sami rozwinęli skrót – Luminous Flesh Giants), który
przywitany brawami wszedł na scenę. Trzech facetów chwyciło instrumenty i zagrzmiała perkusja… Było głośno. Mocne riffy w połączeniu z miotającym się palcami po gryfie basistą i potężnie brzmiącą perkusją na pewno zrobiły wrażenie na początku koncertu, ale jedynie przez pierwsze dziesięć minut, bo w gruncie rzeczy LFG byli zespołem okropnie monotonnym – wyraźnie dawał o sobie znać brak wokalisty w składzie, a i same melodie mało charyzmatyczne raczej nie wpadały w ucho. Słowem – panowie od tak sobie tłukli, trochę powymiatali, jednak ich instrumentalne granie nie wydaje się być czymś, co mogłoby przyciągnąć na dłużej uwagę słuchacza. Zespoły pokroju LFG, czyli grające instrumentalny progresywny metal (chyba jednak nie z wyboru, bo jak sami o sobie mówią, dopiero aspirują do miana zespołu, a same kawałki nagrywane były z myślą o dołożeniu do nich wokaliz) w świecie muzycznym reprezentowane są raczej przez muzyków, którzy wcześniej mieli niemałe doświadczenie z innymi zespołami, zazwyczaj są to już supergrupy (jak choćby Liquid Tension Experiment) – dobrze chyba się stało, że z udziału w ARTus Prog Festival zrezygnowała grupa Animations, bowiem publiczność nie zniosłaby chyba dwóch instrumentalnych koncertów progresywnego metalu. Sam występ LFG oceniam jednak pozytywnie, mimo, iż nie rozumiem idei takiego grania, które raczej do nikąd nie prowadzi. Sami muzycy LFG również biorąc się za granie instrumentalnych koncertów mogliby pomyśleć o jakichś smaczkach, czy większych popisach poszczególnych instrumentalistów, bo niestety większa część ich koncertu opierała się na nie robiących zbytniego wrażenia riffach – samych solówek było niewiele. Pochwały jednak za warsztat perkusisty i basisty jak najbardziej się należą. Mimo wszystko miłe rozpoczęcie koncertu… Krótka przerwa i anons zespołu, którego występu oczekiwałem chyba najbardziej – Retrospective.
Pochodzący z Leszna muzycy w moim mniemaniu nagrali jeden z najlepszych progresywnych debiutów w Polsce od czasu „Out of Myself”, ich „Stolen Thoughts” (2008) zrobiło na mnie potężne wrażenie i wróżę wielką przyszłość tym uzdolnionym muzykom.
Prawda jest taka, że zawiodłem się… Nie była to jednak wina muzyków, a dźwiękowców, którzy na całego zawalili nagłośnienie ARTus Prog Festivalu, swoją drogą byłem już parokrotnie na koncertach w Dworze Artusa i zawsze pojawiał się ten problem. Szczególnie ganię tu praktycznie niesłyszalne muzyczne wywody pani klawiszowiec, które tak niesamowitego kolorytu dodawały debiutanckiemu albumowi. Najwyraźniej odczułem ten niedostatek klawiszy w utworze „Stupid Joke”, w których melodie wygrywane na pianinie są chyba największą zaletą tego pięknego utworu, a tu praktycznie niesłyszalne zagłuszone zostały przez bas i perkusję. Na całe szczęście pani klawiszowiec miała jeszcze swoje solowe chwile w utworze „Memories” i mimo, że w pewnym momencie fortepian zabrzmiał nieczysto, to niesamowicie te śliczne dźwięki pokolorowały występ Retrospective. Okazało się, że najlepsza część jeszcze przed nami, bowiem ostatni utwór odegrany przez zespół („Asleep”) zachwycił chyba wszystkich i według mnie stanowił najjaśniejszy fragment festiwalu, a to głównie dlatego, że były to najbardziej progresywne chwile z całego ARTus Prog’a – trochę psychodeli, pięknych figur dźwiękowych dwóch gitarzystów, do tego świetnie spisująca się sekcja rytmiczna, zmienne nastroje, narastające napięcie i wreszcie przecudna eksplozja dźwięku – ten fragment koncertu zapisał mi się najbardziej w podświadomości i jeśli tylko zobaczę gdzieś zapowiedź koncertu Retrospective to pójdę nań nawet tylko ze względu na te pięć minut instrumentalnego orgazmu. CUDO, choć wijący się po scenie wokalista w swoich indiańskich ruchach ala Morrison był chyba bardziej śmieszny niż charyzmatyczny (choć jego wokal nie pozostawia wiele do życzenia)…
(Odsyłam do mojej recenzji płyty Retrospective w tym —> MIEJSCU)
Następnie na scenę wkroczyli panowie z Crystal Lake, którzy jak przystało na ludzi grających „u siebie” troszkę rozruszali publiczność żywszą dawką bardziej pastelowych dźwięków niż występy poprzedników. Dużo melodii – raz to pana klawiszowca, raz to gitarzysty, który słychać wyrósł na popisach Gilmour’a i Rothery’ego, do tego zabawny wokalista, który już po paru chwilach bytności na scenie wydawał mi się strasznie irytujący, choć dowcipy sytuacyjne miał przednie. Do warstwy muzycznej nie mam zarzutu, jednak brzmienie wokalu było okropne. Adam Płotnicki potrafi śpiewać, ale jego nosowa maniera sprawiała, że miałem ochotę rzucić butelką po Cisowiance na scenę, by pana wokalistę przegonić i dalej słuchać grania instrumentalnego… Mimo wszystko Crystal Lake wniósł do festiwalu więcej artu, a mniej progresji, a i publiczność się mocno ożywiła, choć wiadomo, że jak się gra u swoich to i swoich ma się na publiczności.
Żegnani gromkimi brawami muzycy Crystal Lake ustąpili miejsca warszawskiemu Votum, którzy w 2008 roku nagrali światowej klasy debiutancki album „Time Must Have a Stop”. Panowie brzmieli najlepiej ze wszystkich zespołów grających na ARTust Prog z tego względu, że przywieźli własne nagłośnienie i słuchacze od razu zostali zalani dźwiękiem może nie krystalicznym, ale na pewno o niebo lepszym niż ten towarzyszący występom poprzednim zespołom. Profesjonalizm Votum od razu dał się usłyszeć. Fenomenalny wokalista wspomagany czasami przez gitarzystę rytmicznego brzmiał rewelacyjnie, zaś partie wykrzykiwane w duecie wgniatały w fotel, podobnie jak ciężkie riffy i fantastyczna sekcja rytmiczna. Po występie to chyba jednak Votum stał się gwiazdą ARTus Prog Festival, a i większa część publiczności pewnie równo przytaknie moim słowom. Fani cięższego grania na pewno będą ukontentowani wybierając się na koncerty warszawskich muzyków, bo zespół i materiał to światowy!
(Odsyłam do mojej recenzji płyty Votum w tym —> MIEJSCU)
W przerwie wybrałem się na papierosa – w Sali Wielkiej Dworu Artusa obowiązuje zakaz palenia – co by chwilę popodziwiać pastelowy, toruński rynek, bo słońce ustąpiło już miejsca na horyzoncie, a po powrocie na swoje stanowisko usłyszałem zapowiedź Iluzjonu, czyli zespołu numer jeden ARTus Prog Festival. Stażem na scenie są oni na pewno najstarsi, jednak czy powinni robić za gwiazdę? Kwestia dla mnie wątpliwa, jednak chciałbym od razu zwrócić uwagę, że muzyka Iluzjon mnie po prostu nie leży. Sam koncert również jakoś do zespołu nie przekonał, choć crimsonowskie „Nightmar Blues” i wieńczące cały festiwal „Dark Electron” potrafiły przekuć uwagę. Niestety wokalista jak sam przyznał nie był w formie, a występ Iluzjon do ostatnich dni stał pod znakiem zapytania, ze względów zdrowotnych wspomnianego. Z wszystkich zespołów to Iluzjon był najbardziej art.
Jakieś podsumowanie? Warto by poruszyć kilka sprawa… Po pierwsze, to dźwięk, który szczególnie przy koncertach muzyki progresywnej winien być jednak nieco lepiej wyważony (w życiu nie odżałuje klawiszów z występu Retrospective!). Dźwiękowcy zawalili. Po drugie to dobór repertuaru… Rozumiem, że współcześnie większość muzyków progresywnych zmierza w stronę metalu, jednak tu połowa koncertu była metalem. Proponowałbym bardziej zmyślnie planować listę zaproszonych zespołów, niech oni będą bardziej art i prog niż metal, bo na koncert wybrała się masa ludzi żyjących pewnie bardziej łagodnymi dźwiękami Pink Floyd, Marillion, czy nawet wczesne King Crimson niż Opeth i Dream Theater. Już sam Dwór Artusa nie jest raczej miejscem przeznaczonym do grania aż tak głośnego jak to zaprezentował Votum, LFG i momentami Retrospective. Toteż radziłbym jednak wcześniej organizatorom zapoznać się z dorobkiem zespołów, które zapraszają i bardziej pokazać jak brzmi ta klasyczna progresja i artrock, a nie metal.
Pierwszy festiwal muzyki progresywnej i art rockowej w Toruniu przeminą, a w pamięci pozostał naprawdę dobry, prawie siedmiogodzinny koncert. Mam nadzieję, że za rok będę mógł kupić bilet na ARTus Prog Festival 2010, z zespołami bardziej urozmaiconymi stylistycznie – mniej metalowymi, a bardziej art – i lepszym nagłośnieniem.